piątek, 24 marca 2017

[ZAPOWIEDŹ] Powrót do starego domu - Ilona Gołębiewska

[ZAPOWIEDŹ] Powrót do starego domu - Ilona Gołębiewska
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić książkę, której okładka i opis zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Okładka aż prosi, by przeczytać to, co jest wewnątrz, natomiast opis fabuły sprawił, że nie mogę się doczekać, aż dostanę tę książkę w swoje ręce. 
"Powrót do starego domu" Ilony Gołębiewskiej
, bo o tej książce mowa, swoją premierę będzie miała 29 marca 2017 r. (miły prezent tuż-po-urodzinowy :)) nakładem Wydawnictwa Muza
Oto, co kryje się na 480 stronach powieści...

Dom, w którym czas się zatrzymał.
Obraz i wspomnienia beztroskiego dzieciństwa to często jedyne piękne chwile, które pozostają w pamięci. To one budują człowieka i tworzą jego historię. W ich stronę kierują się myśli w czasie życiowych zawirowań. Do świata wspomnień o utraconym świecie dzieciństwa pozwala się przenieść „Powrót do starego domu”, powieść Ilony Gołębiewskiej. 

Czasami los jest przewrotny, a widoczne na pierwszy rzut oka szczęście całkowicie złudne. Mogłoby się wydawać, że Alicja Pniewska ma wszystko. Jednak to tylko pozory, za którymi kryje się smutna prawda. W jej życiu brakuje najważniejszego – wsparcia najbliższych osób. Dlatego wciąż żyje wspomnieniami o rodzinnym domu, w którym czuła się bezpieczna i bezgranicznie kochana przez rodziców i dziadków.

Alicja ma 37 lat. Jej małżeństwo właśnie się rozpadło, straciła lukratywną posadę, została bez dachu nad głową. W ciężkich chwilach pomocy udziela jej jedynie Dorota, przyjaciółka z czasów studenckich. Uciekając przed swoim zrujnowanym życiem, Alicja znajduje schronienie w starym rodzinnym domu w malowniczej miejscowości Pniewo. Z radością odkrywa, że jest to idealne miejsce do odzyskania równowagi i że tu właśnie ma szansę znaleźć duchowe ukojenie. Decyduje się na remont starego rodzinnego domu. Postanawia zostawić przeszłość za sobą i rozpocząć całkiem nowy rozdział w życiu. Zaskakujące zdarzenia, niezwykli ludzie i tajemnica sprzed lat wystawią Alicję na ciężką próbę. Ponownie stanie przed koniecznością walki o swoje szczęście.

Pewnej upiornej nocy spotyka Dziada – legendarnego uczestnika wydarzeń, które przed kilkudziesięcioma laty wstrząsnęły Pniewem. Otrzymuje od niego pamiętnik swojego dziadka Jana, który opisuje w nim piekło wojny. Nieoczekiwanie w starej szafie na strychu Alicja znajduje dokument ujawniający przed nią kolejne tajemnice przeszłości. Na idealnym dotąd wizerunku jej rodziny powstaje rysa...  Alicja odkrywa pilnie strzeżony rodzinny sekret z przeszłości. Co wydarzyło się w Pniewie, kiedy Alicja była jeszcze dzieckiem? Czy tajemnica z przeszłości przekreśli szansę na szczęśliwe życie, które na nowo zaczęła budować? Tragiczny los małego Michałka całkowicie zmieni podejście Alicji do życia, a miłość upomni się o nią w najmniej spodziewanym momencie. Czy prawda o przeszłości rodziny pozwoli odnaleźć jej szczęście u boku kochanego mężczyzny?

„Powrót do starego domu” to prawdziwa, poruszająca i trzymająca w napięciu do ostatnich stron książka o sile ludzkich pragnień i marzeń. Daje wiarę i nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno, by budować swoje życie od nowa. Przenosi do świata dziecięcych wspomnień i miejsca, które w sercu każdego człowieka ma szczególne znaczenie – do rodzinnego domu. Subtelny styl i finezja, z jaką autorka tworzy wielowątkową fabułę powieści, zadowolą najbardziej wymagających czytelników. Ilona Gołębiewska pokazuje, że w dorosłym życiu nie ma nic cenniejszego niż piękne wspomnienia z dzieciństwa. Udowadnia, że prawdziwy dom to ludzie, do których zawsze się powraca. Choćby tylko w pamięci. Dom to rodzina, a rodzina to bagaż wielu emocji i doświadczeń na całe życie. Z tym bagażem człowiek idzie w świat. Może zajść daleko i odnieść wiele sukcesów, jednak zawsze wraca tam, gdzie zaczęła się jego historia.



Muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawa tej książki, tym bardziej, że po Rodzinie O. Ewy Madeyskiej mam ochotę na więcej polskich książek z wychodzącymi po wielu latach tajemnicami z przeszłości. Co więcej, autorka jest tylko dwa lata ode mnie starsza (a na dodatek też Baran, z tego, co wyczytałam :)) - moja ciekawość, co wyszło spod pióra mojej niemalże rówieśniczki na szczęście już niedługo zostanie zaspokojona :)

Ktoś jeszcze czeka na premierę? :)


środa, 15 marca 2017

Immunitet - Remigiusz Mróz (Joanna Chyłka, tom IV)

Immunitet - Remigiusz Mróz (Joanna Chyłka, tom IV)
Immunitet - Remigiusz Mróz 
(Joanna Chyłka, tom IV)


Tytuł: Immunitet
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 31 sierpnia 2016 r.
Seria/cykl: Joanna Chyłka, tom IV

Moja ocena: 5/10 (przeciętna)

Czytam Mroza, bo mi się podoba jego styl pisania, lekkość w formułowaniu myśli, pomysł na fabułę i trochę chyba na złość fanatykom twórczości tego autora, którzy łykają jak pelikan wszystko, co wyjdzie spod jego pióra i nie umieją podejść z dystansem do serwowanej im lektury. Przeczytałam więc i "Immunitet" i niestety w mojej opinii jest to najsłabsza część serii o prawniczym duecie Chyłka-Zordon... Uprzejmie zaznaczam, iż niniejszy post będzie zawierał dużą ilość SPOILERÓW, może niezbyt znaczących dla fabuły, ale jednak, więc jeśli nie czytałeś tej książki, ani poprzednich części serii, odradzam patrzenie na literki poniżej :)

I raczej nie odmówię sobie odrobiny uszczypliwości ;)

Zacznę może od pomysłu na fabułę - autor dość odważnie w dzisiejszych zawirowaniach politycznych akcję "Immunitetu" skupił wokół sędziego Trybunału Konstytucyjnego - Sebastiana Sendala. Otóż rzekomo dopuścił się on w przeszłości czynu zabronionego, a mianowicie zabójstwa, a teraz jest chronionym immunitetem sędzią. Prosi on o pomoc swoją koleżankę ze studiów, oczywiście Joannę Chyłkę, od samego początku utrzymując, że jest niewinny. Jak można się domyślać - Chyłka podejmuje się najpierw zastępowania sędziego w postępowaniu o uchylenie jego immunitetu (czy twierdzenia na poparcie wniosku o uchylenie immunitetu nie powinny zostać przedstawione przed twierdzeniami na ich odparcie?), następnie obrony w postępowaniu karnym (nie mogę się powstrzymać - pisałeś, Remigiuszu, że jesteś przynajmniej konsekwentny w powoływaniu oskarżonego na świadka, no ale serio?...). Dalej wiadomo - akcja płynie typowym mrozowym tempem, czasem aż jest ciężko nadążyć za przedstawionymi wydarzeniami, autor dodaje trochę niepotrzebnego (moim zdaniem) dramatyzmu (jak np. w dużym skrócie "Chyłka, nie możesz się podjąć sprawy Sendala, miałaś wziąć sprawę ojca" - no bo przecież zawsze zajmujemy się jedną dużą sprawą na raz a i chętnie i zupełnie bez ładunku emocjonalnego podchodzimy do prowadzenia spraw członków swojej rodziny, zwłaszcza jeśli nienawidzimy tej osoby to dajemy rękojmię należytego wykonania zlecenia). Język i styl autora absolutnie trzyma wcześniejszy i znany nam już poziom, więc fani na pewno nie będą rozczarowani (nie czuję, jak rymuję ;)). 

Bardzo, ale to bardzo irytował mnie główny zainteresowany, czyli sędzia Sebastian Sendal. Wydał mi się zupełnie nieprzyjemną osobą, czasem gburowatą, nieumiejącą współżyć z otaczającym go światem (jak wyszło na jaw, czym zajmuje się dla rozrywki, po prostu nie mogłam o nim czytać; dla mnie człowiek-porażka; w sumie więc od samego początku wyczuwałam w nim coś, co mnie od niego odpychało). Postępowanie karne toczy się całkiem sprawnie, mniej lub bardziej logicznie (no no Remigiuszu, próbowałeś wybrnąć z aplikanta w todze, ale musisz jeszcze popracować nad wstawaniem do zadawania pytań świadkom ;)), by zakończyć się... No właśnie. Dużo się dzieje, pojawiają się nowe dowody w sprawie, nowe okoliczności, o których oskarżyciel nie miał wcześniej pojęcia i o których może i miał, ale jakoś nie oparł na nich aktu oskarżenia... I takie mam właśnie przemyślenia, że Chyłka jednak nie jest dobrym prawnikiem, skoro zaskakuje ją wiedza jednego ze świadków na temat dość istotnej okoliczności, a świadek ten był na nią przesłuchiwany już w postępowaniu przygotowawczym - czyli Chyłka nie odrobiła pracy domowej. Niestety. 

Odnośnie do Chyłki, skoro już przy niej jesteśmy - w tym tomie dowiadujemy się nieco więcej na temat jej przeszłości, chodzi oczywiście o jej ojca, którego mieliśmy (nie)przyjemność poznać bodajże w tomie wcześniejszym. Można również powiedzieć, że w dość ciekawym (spodziewanym chyba przez większość czytelników) kierunku zmierza jej relacja z Zordonem. 

No ale zakończenie, skoro już mamy na tapecie Chyłkę i Zordona.

Odnośnie do zakończenia - naczytałam się, że TA KSIĄŻKA MA TAKIE BUM ZAKOŃCZENIE, że od razu domyśliłam się o co chodzi, jeszcze przed lekturą. I szukałam jakichkolwiek objawów, że tak powiem, tego, czego się spodziewałam. A tu nic, cisza i nagle jak Filip z konopi wyskakuje autor z niespodzianką, bez jakiegokolwiek wplecenia w fabułę wydarzeń, które do tej niespodzianki prowadzą. Niby jest jedno pytanie, które Zordon zadaje Chyłce i ona potwierdza jego podejrzenia (obawy?), ale odniosłam wrażenie, że Mróz chciał po prostu zrobić coś WOW, ale to WOW wyszło po prostu na siłę.

I właśnie przez zakończenie, jak również przez niesamowicie mnie wkurzającą postać sędziego, ta część serii plasuje się w moim prywatnym rankingu najniżej. W pewnym momencie bardzo męczyłam się z lekturą tej książki - chciałam jak najszybciej ją po prostu mieć za sobą. Nie umiałam znaleźć w sobie choćby grama nie wiem - współczucia? sympatii? dla sędziego, właściwie to chciałam, żeby go skazano. Zupełnie nie polubiłam tej postaci. 

Nie powiem, że nie jestem ciekawa kolejnej części (bo jestem) i tego, jak autor poprowadził "niespodziankowe" (i tak już wszyscy wiedzą, o co chodzi) zdarzenia z zakończenia "Immunitetu". Biorąc jednak pod uwagę to, że w najbliższym czasie czeka mnie mocno wyczerpujący egzamin, nie poznam zbyt szybko treści "Inwigilacji".

A jak jest z Wami? Jak oceniacie "Immunitet" na tle wcześniejszych części? A może macie już przesyt Mroza?




Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie.



piątek, 10 marca 2017

Wielki powrót Mercedes Thompson!

Wielki powrót Mercedes Thompson!


TO JUŻ DZIŚ!


W odpowiedzi na potrzeby, prośby i błagania czytelników nakładem wydawnictwa Fabryka Słów w 2017 roku pojawi się w księgarniach wznowienie jednej z najbardziej popularnych serii Urban Fantasy.

Książki o Mercedes Thompson to absolutnie bestsellerowa seria cieszącego się niesłabnącym zainteresowaniem gatunku – urban fantasy. Pierwsza z serii książka „Zew Księżyca”  wydana w USA 2006 szybko zyskała sobie przychylność krytyków i pojawiła się na liście USA Today, drugi tom wszedł na listę bestsellerów New York Timesa, a trzeci trafił na sam jej szczyt. Fabryka Słów w 2008 roku wydała po raz pierwszy przygody sympatycznej mechanik, Mercedes Thompson, i od tej pory książki z tej serii cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. 

Niedostępność książek poruszyła fanów, dlatego wydawnictwo postanowiło wyjść naprzeciw oczekiwaniom i w odświeżonej nieco oprawie zaspokoić czytelniczy głód kolejnych wielbicieli Mercy.

Nakładem Fabryki Słów ukazało się dotychczas siedem tomów przygód Mercy: 

Zew księżyca
Więzy krwi
Pocałunek żelaza
Znak Kości
Zrodzony ze Srebra
Piętno Rzeki
Żar Mrozu

Od dzisiaj wydawnictwo systematycznie będzie oddawać w ręce czytelników kolejne tomy, nie zapominając oczywiście o nowościach - tak by rok 2017 przyniósł również niewydany jeszcze w Polsce tom 8 serii.  



Wypadałoby zatem przedstawić Wam pierwszy tom serii, czyli "Zew księżyca" :) A ta opowieść „pracuje” jak dobrze wyregulowany silnik :)

Seksowny sąsiad Mercedes Thompson jest… wilkołakiem. Mercedes, w swoim warsztacie, próbuje naprawić furgonetkę, która przypadkiem należy do… wampira. Z drugiej strony, sama Mercy też nie jest całkiem zwyczajna, a jej związek ze światem istot ożywających nocą nieuchronnie pakuje ją w kłopoty.

Mroczne urban fantasy. Bohaterowie – zachwycająco nieludzcy.

Wilkołaki mogą być niebezpieczne, gdy wejdziesz im w drogę. Wystarczy jednak zachować ostrożność, a - raczej - nie zrobią ci krzywdy. Bez trudu ukrywają swoją naturę przed ludźmi. Tylko że ja nie jestem człowiekiem. Potrafię je rozpoznać, a one rozpoznają mnie.


Brzmi znajomo, banalnie, schematycznie? Możliwe, ale nie zapominajmy, że "Zew księżyca" nie bez przyczyny okazał się początkiem bestsellerowej na całym świecie serii :)

Jak jest z Wami, drodzy książkoholicy? Jesteście fanami urban fantasy i Mercedes Thompson, a może dopiero planujecie nimi zostać? 




środa, 8 marca 2017

The 60 books

The 60 books
Dzisiaj przychodzę do Was z zupełnie innym postem, niż dotychczas. Zazwyczaj możecie tutaj poczytać o książkach, a tymczasem chciałabym Wam zaprezentować pewien notes, w którym można o nich pisać. Notes był prezentem od męża, który nie do końca rozumie moją fascynację tego typu gadżetami, ale ją akceptuje i żyje z nią w zgodzie :) 


The 60 books od Norinommo (KLIK)



Notes jest idealnym narzędziem "pracy" każdego książkoholika. Zawiera odpowiednie sekcje, w których można zapisać chyba wszystko, co jest związane z naszą pasją. Ale po kolei - najpierw wypadałoby chyba zacząć od tego, że notes jest porządnie zszyty i zrobiony jest z grubego, nieprzebijającego papieru. Ma twardą oprawę w pięknym soczystym czerwonym kolorze (moim ulubionym!) z pasującą do tego tasiemkową zakładką. 

Jak sama nazwa wskazuje, w notesie można zapisać swoje wrażenia dotyczące sześćdziesięciu przeczytanych książek. Dla jednych taki notes wystarczy zapewne na kilka miesięcy - inni korzystać z niego będę rok, czy dwa i ja zapewne będę należeć do tej drugiej grupy (mimo szczerych chęci po prostu fizycznie nie jestem czasem w stanie przeczytać nawet jedną książkę tygodniowo).



Jak widać na zdjęciach powyżej, sekcje dotyczące przeczytanej książki zawierają w petitum chyba wszystko, co w sposób techniczny opisuje daną pozycję. Można nawet zamalować odpowiednią liczbę gwiazdek, dokonując jej oceny :) Ja, obok formy do wyboru, przy wersji papierowej dopisuję jeszcze literkę B, jeżeli książka jest z biblioteki, gdyż jestem tam częstym gościem. Jest osobna sekcja poświęcona cytatom oraz naszym przemyśleniom odnośnie do danej lektury. Ja zapisuję tam luźne myśli i skojarzenia, które później wykorzystuję podczas pisania postów.



The 60 books zawiera również dwa spisy treści - jeden chronologiczny, według stron, drugi według kategorii - ten drugi jest naprawdę ciekawą sprawą, jeśli patrzeć na funkcjonalność spisu treści, gdy potrzebujemy szybko odnaleźć daną książkę.

Notes zawiera również innego rodzaju spisy, np. wyzwań, w których bierze się udział, ulubionych blogów, profili na mediach społecznościowych, bibliotek, w których posiadamy karty. Można również zapisywać loginy i hasła do własnych kont w portalach społecznościowych, co generalnie nie jest zalecane, ale np. ja mam konta w wielu czytelniczych portalach i każdy z nich ma różne wymagania odnośnie do haseł i czasem wpisuję je na ślepo licząc, że akurat trafię. Myślę, że zapisanie akurat takich danych nie będzie niczym niebezpiecznym :) W notesie można również zapisać swoją chciejlistę książkową (jest również taka podzielona na kategorie).








Pewnie teraz zastanawiasz się, po co komu taki notes, skoro obecnie dostępnych jest wiele portali, gdzie można robić dokładnie to samo, co z tym notesem, albo i w większym zakresie, tylko w formie elektronicznej. Ale to jest tak, jakby rozważać różnice pomiędzy książką w formie tradycyjnej a e-bookiem. Wielu z nas lubi czuć ciężar książki w swoich rękach, ale i posiada czytnik e-booków, by nie być ograniczonym w szybkim dostępie do zapragnionej  natychmiast lektury. The 60 books jest rozmiarów zeszytu, więc jeśli zmieszczę książkę do torebki, to zmieszczę również i notes, w którym zapiszę co nieco na temat czytanej aktualnie pozycji :)

Bardzo podoba mi się sposób wykonania tego notesu oraz jego zawartość. Norinommo ma w swojej ofercie przede wszystkim plannery i tak sobie myślę, że chyba podpowiem mężowi kolejny prezent dla mnie, tym razem urodzinowy :)

Drodzy książkoholicy - korzystacie z notesów typu The 60 books? A może zapisujecie swoje przemyślenia w specjalnie założonym w tym celu zeszycie? Albo preferujecie wyłącznie formę elektroniczną? Dajcie znać!

No i koniecznie napiszcie, co myślicie o The 60 books :)


piątek, 3 marca 2017

Rodzina O. - Ewa Madeyska

Rodzina O. - Ewa Madeyska
Rodzina O. - Ewa Madeyska


Tytuł: Rodzina O.
Autor: Ewa Madeyska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 1 marca 2017 r.
Seria/cykl: sezon I, 1968/69

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

Ta książka jest GENIALNA.

No, to na tym mogłabym skończyć ten post, ale nieeeeee, nie będzie Wam dane zostawienie Was w spokoju, bowiem będę ją zachwalać, więc róbcie sobie kawę/herbatę/drinka i czytajcie! :)

Nie bez przyczyny motywem przewodnim okładki jest jabłko i drzewo. Wszyscy znamy powiedzenie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i każdy z nas wie, co ono oznacza. W przypadku rodziny Opolskich - to jest tytułowa Rodzina O. - jest ono wręcz dosłowne, a rodzinnego dziedzictwa (geny mam tutaj na myśli) nie da się zignorować i prędzej, czy później, da ono o sobie znać, czy jest się tego świadom, czy nie.

Książka opisuje kilka dni z życia rodziny Opolskich na przełomie 1968 i 1969 roku. Ja to się więc stało, że pozycja ma 533 strony? Ano dzięki licznym i rozbudowanych retrospekcjom, pozwalającym czytelnikom poznać członków rodziny od podszewki. 

Helena Opolska to seniorka rodu, filar rodziny, umiejąca wziąć sprawy w swoje ręce, stanowcza i "bogobojna", sędzina z mnóstwem pieniędzy i wolnego czasu. Tadeusz Opolski - syn Heleny i Jana (którego już niestety nie poznajemy), czterdziestokilkuletni lekarz psychiatra, ordynator w szpitalu psychiatrycznym, ostoja rodziny, wsparcie swojej żony Barbary, stanowczy i konkretny, a przede wszystkim konsekwentny w swoich wyborach, umiejący zrewidować swoje poglądy. Barbara Opolska - z przypadku żona Tadeusza na pełen etat, ale z tych, co to mają "globusa" i raczej nie zajmują się swoimi dziećmi i domem, piękna kobieta, budząca uznanie męskiej części populacji. Paweł Opolski - starszy syn Tadeusza i Barbary, ten rozsądniejszy z rodzeństwa, aspirujący na prawnika. Andrzej Opolski - młodszy brat Pawła, hulaka i jebaka (no co?, inne słowo nie oddawałoby jego hmmm.... popędu seksualnego), umiejący jednak pójść po rozum do głowy. Jest też Jerzy Opolski - brat Tadeusza, o którym ślad zaginął, dlatego w książce pojawia się okazjonalnie, lecz można rzec, że to jego zachowanie zapoczątkowało ciąg wydarzeń, które opisuje pierwszy sezon Rodziny O.



Rodzina jest barwna i wyraźna, a przede wszystkim - skrywająca tajemnice. Wiele tajemnic. Tak wiele tajemnic i zawirowań, że scenarzyści "Mody na sukces" mogliby czerpać z tej historii wiele inspiracji. A w tajemnice rodziny Opolskich bardzo sprawnie wplatają się losy "osób trzecich" - kolejnych intrygujących i fascynujących postaci. Mamy przykładowo bardzo często przewijającego się na kartach książki Ryszarda Mielnickiego, aktualnie prokuratora (chyba) okręgowego, który za cel postawił sobie UWAGA SPOJLER nic Wam nie napiszę! Zdradziłabym za dużo, a to jest jeden z głównych wątków książki! KONIEC, czy kilkunastoletnią Ewę Mazurównę, niezdrowo rozmodloną uczennicę, której wątek śledziłam z największym zainteresowaniem, a której losy związały się dość trwale z Heleną Opolską. Smaczku powieści dodaje również Benek Karp - marynarz, mieszkający (choć, z uwagi na jego zawód, jest to raczej wyolbrzymienie) w tej samej klatce, co Barbara i Tadeusz, umiejący załatwić każdy pożądany w tych trudnych czasach towar. Interesujące są również kreacje Krowy, Maciory, Franciszka Mazura i Hanki Górskiej. Wszystkie postacie wydają się być namacalne, rzeczywiste, prawdziwe, niczego nieudające, na wyciągnięcie ręki - nie sposób ich pomylić, każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna.

Wiecie, co jest największym atutem tej książki, zaraz obok jej bohaterów? Sposób, w jaki autorka wykreowała rzeczywistość, w której przyszło im żyć - czasy, w których żyło się jeszcze wspomnieniami II wojny światowej i w których z syna szewca można było stać się prokuratorem okręgowym. Książka przesycona jest ówczesną ideologią, a autorka w bardzo naturalny sposób wprowadza czytelnika w meandry PRLu tego okresu. Jestem wprost zauroczona stylem pisania Ewy Madeyskiej i naprawdę pod wrażeniem jej spostrzegawczości, umiejętności trafnego postrzegania świata, słownictwa, jakim się posługuje i sposobu formułowania myśli. Tak adekwatnych porównań nie znalazłam jeszcze chyba w żadnej książce i nie usłyszałam w żadnym filmie czy serialu (nie tylko poważnych i metaforycznych, lecz przede wszystkim wynikających z kontekstu, więc zupełnie niecelowym byłoby ich przytaczanie tutaj). 

Autorka bardzo sprawnie łączy początkowo z pozoru niezwiązane ze sobą historie. Jak dla mnie jest mistrzynią budowania napięcia i kreowania fabuły. Wątki łączą się ze sobą czasem w niedowierzający wręcz sposób, ale przecież takie jest życie. Różnie na to się mówi - że kołem się toczy, że karma powraca, że świat jest mały. Mały, ale prawdziwy. I taki prawdziwy świat opisuje "Rodzina O." - książka, którą czyta się z ogromnym zainteresowaniem i wypiekami na policzkach. Nie jest to jednak łatwa lektura. Porusza tematy ciężkiego kalibru, czasem w poważny, a czasem w niepoważny sposób. Książkę czyta się tak, jak ogląda dobry serial - od razu po zakończonej lekturze przyszedł mi na myśl polski "Dom" i porównanie do tego serialu byłoby chyba najadekwatniejsze. Jest to po prostu kawał dobrej roboty.

Brawa dla autorki. Czekam bardzo niecierpliwie na II sezon.

Zachęciłam Was choć trochę do sięgnięcia po tę książkę? Mam nadzieję, że tak, bo naprawdę polecam jej lekturę - bardzo rzadko oceniam pozycję tak wysoko.


Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie.


Sierżant wyszedł z warszawy. Otworzył drzwi od strony doktora. Prawie zasalutował. W ciągu półgodzinnej podróży ordynator przywrócił Waniorkowi sens życia. Doradził mu, jak wykwaterować wrażą teściową z dwupokojowego mieszkania; jak sprawić, żeby żona Waniorka, która urodziła bliźniaki, wrzaskliwe klony samej siebie, przestała stękać, gdy wracał po piwie z Akwarium, i zamiast pretensji podawała mu najpierw golonkę na talerzu, a później gorącą, parującą dupę; dowiedział się też, jakich argumentów użyć, by synowie Waniorka trzymali gęby zamknięte na kłódki, kiedy sierżant ogląda mecz; a na koniec, wstydliwa sprawa, Waniorek wyznał, że spotyka się z sąsiadką z trzeciego piętra. W wiadomych celach. "Moja stara to przedmuchana rura. Ale własna rura, więc jakoś nie bardzo chyba w porządku jest, że ja do Ludki chodzę", podzielił się wątpliwością. "Pan nie zdradza konkretnej kobiety, sierżancie. Pan nie zdradza swojej żony", odrzekł doktor. "Pan po prostu wielbi i adoruje kobiecość w każdym jej przejawie". "No anioł, kurwa, nie człowiek", myślał Waniorek.


czwartek, 16 lutego 2017

W cieniu prawa - Remigiusz Mróz

W cieniu prawa - Remigiusz Mróz
W cieniu prawa - Remigiusz Mróz


Tytuł: W cieniu prawa
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 15 czerwca 2016 r.

Moja ocena: 6/10 (dobra)


Nie wiem czemu, ale zupełnie bez przekonania sięgnęłam po tę książkę. Nie miałam parcia, by ją przeczytać - zamówiłam ją w bibliotece i o tym zapomniałam, aż przyszedł mail, że książka jest już do odbioru. Wzięłam Prezesa (psa wielorasowego ze schroniskowej hodowli, łasego na wszelkie przechadzki) i udałam się ulicę dalej do bibliotecznej filii i tak oto książka "W cieniu prawa" zawitała w progi mojego domu.

Jako że jestem aktualnie na dość dziwnym etapie mojego życia, zdjęcie powyżej powstało w wyniku dość pokrętnie tłumaczonej logiki - jak ktoś ciekawy, a nie śledzi mojego Facebooka ani Ig, to pytać :) W chwili wytchnienia od kolorowych pozycji, które znajdują się na owym zdjęciu, sięgnęłam po opisywaną tutaj lekturę i cóż - Mróz to Mróz, historię umie skonstruować tak, że po prostu siadasz i czytasz tę książkę i właściwie masz w nosie wszystko inne. A historia zaczyna się ciekawie - w Raisentalu - dworze barona von Reignera - majordomus wraz z guwernantką odnajdują zwłoki Julusa von Reignera, najstarszego syna Hendrika von Reignera, dziedzica rodowej fortuny. Ojcu zamordowanego (bo że dziedzic został zamordowany nie ulega najmniejszej wątpliwości) zależy na jak najszybszym ukaraniu winnego. Jednakowoż najpierw trzeba go znaleźć. Najlepszym kandydatem wydaje się być Erik Landecki, świeżo zatrudniony czyścibut, spędzający w Raisentalu swoją pierwszą noc. Zebrane dowody nie świadczą na jego korzyść i Erik zostaje szybko osądzony i skazany. A kary były wówczas dość hmmmm... surowe. To jest dopiero początek całej tej historii, zatem nie zdradzam Wam zbyt wiele, bo autor w książce zawarł tyle akcji i wątków, że spokojnie starczyłoby ich na serię o Eriku Landeckim... 

Odnośnie do bohaterów - mamy tutaj głównego podejrzanego Erika Landeckiego, postać, której właściwie nie da się nie polubić, tzw. facet z jajami (ups), wiedzący, czego chce i konsekwentnie dążący do celu. Jest brat nieboszczyka, Marc-Oliver, młodszy od Julusa, dziedziczący rodzinną fortunę w drugiej kolejności, w moim odczuciu zawsze w cieniu, nigdy nie ujawnił rodzinie swojego prawdziwego oblicza, trochę niedoceniany przez rodzinę. Jego narzeczona Sophie to takie prawilne dziewczę, niższego pochodzenia, sól w oku Hendrika i Hiltrude von Reignerów, bardzo naiwna, czasem wręcz głupia i irytująca. Willy - prawnik, "przyjaciel" Sophie, po prostu fajny facet i pozytywna postać. Hendrik von Reigner - wkurzający buc, który tresuje nie tylko służbę, ale i swoich najbliższych, stawiający zawsze na swoim, prowadzący uprzednio bardzo, ale to bardzo hulaszczy tryb życia, tak hulaszczy, że wiele jego wybryków musiało zostać zatuszowanych. Hiltrude von Reigner - żona barona, przez pierwszą część powieści w cieniu męża, przejmuje pałeczkę pod koniec książki i dopiero wówczas ukazuje swoje prawdziwe oblicze, sucz to za mało powiedziane. Kto jeszcze? Ach, majordom Joachim Gröger - jak dla mnie najlepsza postać z całej plejady wykolejeńców zaprezentowanej w książce. Wszystko ma poukładane, potrafi być wierny swoim ideałom, ale również w odpowiednim czasie je weryfikuje. Każda z postaci jest charakterystyczna dla swojej kreacji oraz konsekwentnie prowadzona, od razu wiadomo kto jest kto. Niektórzy są stworzeni do nienawidzenia (Hendrik), inni do lubienia (Erik, Willy), a jeszcze inni - do wkurzania (jak Sophie). 



Fabuła pędzi na łeb, na szyję. Autor popuścił ewidentnie wodze fantazji, a książka obfituje w taką ilość wydarzeń, że chyba faktycznie powinien rozłożyć je na kilka tomów, co pozwoliłoby dopieścić niektóre wątki, bardziej je rozwinąć - po prostu poświęcić im więcej uwagi. Czasem miałam problem z wnioskowaniem co się z czego wzięło, no ale to może wynikać z moich umiejętności odbierania aktualnie rzeczywistości. Pomysł na fabułę bardzo na plus, autor chyba oddał klimat czasów, w których dzieje się akcja (chyba, bo nie wiem, nie żyłam w 1909 roku :)). Jak dla mnie super poprowadzony wątek zemsty, jednak to jest chyba pierwszy kryminał, w którym UWAGA SPOILER nie dowiadujemy się tak naprawdę, kto zabił. Wszystko to tylko domysły (chyba że coś przeoczyłam?). KONIEC SPOILERU. Generalnie jakiegoś wielkiego WOW nie było po zakończeniu lektury, ale nie mogę powiedzieć, że mi się ona nie podobała, bo było wręcz przeciwnie :) ALE! "Behawiorysta" był w moim odczuciu lepszy :) Dlatego "W cieniu prawa" dostało gwiazdkę mniej - na półce czeka "Wotum nieufności", ciekawe, jak ono wypadnie w starciu mrozowo-nieseriowych książek :)

Czytaliście "W cieniu prawa"? Jak wypada w Waszym rankingu książek, które wyszły spod pióra Remigiusza Mroza?


Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie oraz WyPożyczone.



sobota, 4 lutego 2017

[BOOK TOUR] Liliowe dziewczyny - Martha Hall Kelly

[BOOK TOUR] Liliowe dziewczyny - Martha Hall Kelly
Liliowe dziewczyny - Martha Hall Kelly


Tytuł: Liliowe dziewczyny
Tytuł oryginalny: Lilac girls
Autor: Martha Hall Kelly
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 27 września 2016 r.

Moja ocena: 9/10 (wybitna)


KL Ravensbrück - niemiecki obóz koncentracyjny dla kobiet, funkcjonujący w latach 1939-1945. Kobiety były wykorzystywane do niewolniczej pracy na rzecz Rzeszy. Stare i chore "jednostki" od razu po przybyciu do obozu były "likwidowane", niewygodne znikały w "niewyjaśnionych okolicznościach", a co jakiś czas przeprowadzano w barakach selekcje. Przez cały okres funkcjonowania obozu szacuje się, że zginęły ok. 92 tysiące kobiet (źródło). 

Obóz "sławę" zyskał dzięki eksperymentalnym badaniom, które były w nim przeprowadzane od 1942 roku, gdy w wyniku zakażenia zgorzelą gazową zmarł szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhard Heydrich. Zlecono wówczas przetestowanie środków przeciw temu zakażeniu lekarzowi przybocznemu Himmlera, SS-Gruppenführerowi prof. Karlowi Gebhardtowi. Eksperymenty rozpoczęto od próby wywołania w warunkach sztucznych (poprzez nacięcie skóry i wprowadzenie tam odpowiedniej ilości bakterii), zakażenia zgorzelą gazową. U zdrowych osób wywoływano takie rany, jakie odnosili niemieccy żołnierze i celowo wprowadzano do nich bakterie, które miały spowodować jednostki chorobowe. Następnie próbowano je leczyć - prowadzono badania nad skutecznością działania sulfonamidów, czyli leków mających zahamować zakażenie bakteriami beztlenowymi i ropotwórczymi. Oprócz powyższych działań, lekarze obozu podejmowali się również masowej sterylizacji osadzonych w nim kobiet (źródło).

Caroline Ferriday - była aktorka brodway'owska, w momencie wybuchy II wojny światowej bliska współpracownica konsula Francji w Nowym Jorku. Przez cały okres jej trwania była zaangażowana w pomoc francuskim dzieciom, które utraciły rodziców w wyniku działań wojennych. Później, po zakończeniu wojny, za wszelką cenę próbuje pomóc polskim więźniarkom KL Ravensbrück, tzw. królikom, czyli kobietom, które zostały poddane medycznym eksperymentom (postać autentyczna).

Herta Oberheuser - pełna ideałów Niemka, lekarka obozowa w Ravensbrück, przeprowadzająca na królikach eksperymenty z leczeniem sulfonamidami, osądzona i skazana na 20 lat pozbawienia wolności w procesie Norymberdzkim, zwolniona z odbywania kary za dobre sprawowanie (postać autentyczna).

Kasia Kuśmierczyk - 16-letnia działaczka na rzecz podziemia, aresztowana wraz z matką i siostrą oraz osadzona w KL Ravensbrück, jedna z królików, której udało się przeżyć i która otrzymała pomoc zorganizowaną przez Caroline Ferriday (postać oparta luźno na Ninie Iwańskiej, króliku KL Ravensbrück).

Powyższe było niezbędne, by przybliżyć Ci - drogi czytelniku - tematykę, jaką porusza książka "Liliowe dziewczyny". Książka opisuje losy Caroline, Herty i Kasi, a wszystko spaja KL Ravensbrück. 

Opisywana pozycja nie jest lekturą na "jedno posiedzenie". Nawet nie na dwa i nie na trzy. Spędziłam z nią kilka wieczorów, nie mogąc czasem czytać, zastanawiając się nad losami bohaterek, pełna świadomości tego, że to nie jest zwykła fikcja literacka. Autorka wykreowała trzy wyraźne postaci, wierne swoim ideałom, choć każda bohaterka innym. Dzięki temu możemy poznać historię z różnych perspektyw - punkt widzenia działaczki podziemnej i więźniarki KL Ravensbrück zderza się z ideologiczną wizją obozowej lekarki, a zupełnie obok obserwujemy wojnę oczyma osoby niezwiązanej z nią bezpośrednio. Jest to świetny zabieg, który pozwala na globalne podejście do poruszanego przez autorkę, jakże bolesnego tematu.



"Liliowe dziewczyny" nie tylko opisują przebieg II wojny światowej i jej postrzeganie przez nasze bohaterki, próbę przetrwania zarówno Kasi, jak i Herty, czy ich dzieje po zakończeniu tego dramatu. Ukazuje również nasze zwykłe człowieczeństwo - że pomimo takich wydarzeń każda z bohaterek kocha, tęskni, zazdrości i planuje. Opisywane przez autorkę drobiazgowo rozterki głównych bohaterek tylko potęgują poczucie niesprawiedliwości, które pojawia się w głowie każdego z nas, gdy myślimy o wojnie.

Odnośnie do bohaterek - najbardziej polubiłam Caroline, choć czasem może zbyt dużo kartek było poświęconych na jej działalność charytatywną, a która niewiele wnosiła do fabuły. Kasia początkowo urzekła mnie swoją dziewczęcością i - mimo młodego wieku - determinację w walce przeciwko Niemcom, lecz z upływem czasu znielubiłam ją za jej coraz większy egoizm i postawę "ja mam najgorzej". Natomiast Herta... Ona z założenia nie będzie raczej lubianą postacią, choć autorka próbuje postawić się również w jej sytuacji i tłumaczyć jej zachowanie, a w pewnym momencie cóż... Nie było już odwrotu.

Niesamowity jest sposób, w jaki autorka podeszła do pomysłu na książkę, jaki narodził się w jej głowie. Przez długi czas zbierała stosowne informacje na temat postaci, których losy chciała opisać na kartkach swojej powieści, nawet odwiedziła Polskę i rozmawiała z żyjącymi jeszcze wówczas więźniarkami KL Ravensbrück. "Liliowe dziewczyny" jawią się jako kawał dobrej, rzetelnej roboty, a przejawia się to wręcz na każdej stronie tej książki. Autorka z wielką dbałością przedstawiała najmniejszy nawet szczegół, wiernie oddała wydarzenia historyczne, a jakiekolwiek odstępstwa wyjaśniała w przypisach. Część losów bohaterek pokrywa się z ich rzeczywistymi dziejami, a część to wariacja autorki na temat ich życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem "Liliowych dziewczyn" i z pewnością jeszcze długo będę rozpamiętywać tę pozycję.

"Liliowe dziewczyny" to książka, która zapadnie w serca wielu czytelnikom. Koło takiej pozycji po prostu nie da się przejść obojętnie. Cieszę się bardzo, że miałam okazję przeczytać ją w ramach book tour organizowanego przez Ewelinę z bloga Ruda recenzuje (klik). 

Znacie tę pozycję? Jaki jest Wasz stosunek do poruszanej w książkach tematyki II wojny światowej?


Copyright © 2016 Zakątek czytelniczy , Blogger