czwartek, 16 listopada 2017

[ZAPOWIEDŹ] Komisarz - Paulina Świst

[ZAPOWIEDŹ] Komisarz - Paulina Świst
Jej pierwsza powieść, „Prokurator” (moja opinia tutaj - klik), w trzy miesiące rozeszła się w nakładzie 55 tysięcy egzemplarzy, spotykając się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników. Nowy gatunek polskiej powieści, łączący porywający kryminał z erotyką, stał się znakiem rozpoznawczym Pauliny Świst, która ani myśli spocząć na laurach. Zaledwie pół roku po głośnym debiucie tajemnicza autorka powraca z nową książką. „Komisarz” trafi do księgarń już 22 listopada 2017 r. nakładem Wydawnictwa Akurat.

Radosław Wyrwa, komisarz gliwickiej policji, otrzymuje polecenie rozpracowania zorganizowanej grupy przestępczej, zajmującej się handlem ludźmi. Aby  wypełnić zadanie nawiązuje romans z bogatą i rozpieszczoną Zuzanną Kadziewicz, córką jednego z najbardziej znanych lokalnych biznesmenów. Kiedy prokurator Zimnicki zatrzymuje ojca Zuzanny jako podejrzanego, ten zgadza się na współpracę z organami ścigania pod jednym warunkiem: jego córka ma zostać objęta ochroną. Zimny musi zlecić to zadanie najbardziej zaufanemu funkcjonariuszowi, Radkowi Wyrwie. W skomplikowaną sprawę kryminalną zostanie wciągnięta również, dobrze znana czytelnikom, Kinga Błońska.

„Komisarz” to kolejny mocny tytuł autorstwa najgłośniejszej debiutantki tego roku. Paulina Świst odkrywa nowe obszary śląskiego świata przestępczego, który nie oszczędzi nikogo, kto wejdzie mu w drogę. Komisarz Wyrwa, prokurator Zimnicki i mecenas Błońska zmierzą się z brutalnością organizacji, dla której życie ludzkie nie ma żadnej wartości. Kiedy każdy nieprzemyślany ruch przesądza o karierze i życiu, a sojusznicy mogą okazać się zdrajcami, bohaterowie mogą zaufać jedynie własnej intuicji i doświadczeniu.


Niepowtarzalny styl Pauliny Świst w ekspresowym tempie zjednał jej dziesiątki tysięcy czytelników. Autorka jak nikt inny potrafi połączyć pełen akcji kryminał z solidną dawką erotyki i niewymuszonym dowcipem. Dzięki dużemu doświadczeniu prawniczemu Paulina Świst przedstawia czytelnikom historię niezwykle realistyczną, a chwilami wręcz niepokojąco prawdopodobną.

A od siebie dodam jeszcze - przeczytałam fragment, który udostępniony został w formie mini książeczki podczas Targów w Krakowie i powiem Wam tyle - JA CHCĘ TĘ KSIĄŻKĘ JUŻ U SIEBIE.

No.

A tu czekać trzeba.


poniedziałek, 13 listopada 2017

Mirror, mirror - Cara Delevingne, Rowan Coleman

Mirror, mirror - Cara Delevingne, Rowan Coleman
Mirror, mirror - Cara Delevingne, Rowan Coleman


Tytuł: Mirror, mirror
Tytuł oryginału: Mirror, mirror
Autor: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Wydawnictwo: Jaguar
Data premiery: 11 października 2017 r.

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

Nie wiem nawet, jak zacząć ten post. Może po prostu od moich wrażeń po przeczytaniu pierwszych kilku rozdziałów tej książki. A co sobie myślałam? Że jest słaba, nawet bardzo słaba, przede wszystkim z uwagi na pewną niekonsekwencję, jaką dostrzegłam u autorki danego fragmentu. Nawet sobie pozaznaczałam miejsca znacznikami, żeby móc je przytoczyć w poście - np. w jednym miejscu w odniesieniu do bohatera - narratora czytamy: "Skryte uśmiechy od dziewczyn, które myślą, że może, właściwie, chociaż nigdy dotąd nie przyszło im to do głowy, jednak mogłyby polubić mnie w ten sposób, bo chociaż wyglądam jak chudy pokurcz, to rany, naprawdę umiem przywalić w gary", a już stronę później, że "moje ciało było kiedyś za grube, potem za chude. Teraz jest szczupłe i niesamowicie sprawne".  Albo najpierw: "Przywykliśmy do tego, że nasza przyjaźń w co najmniej pięćdziesięciu procentach dzieje się w necie. Tak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy, że czasem zapominamy o żywym bijącym sercu po drugiej stronie awatara", a stronę później: "Rzecz w tym, że Nai spotykała się ze mną bardzo, bardzo często". Ponadto przeszkadzał mi mocno swoisty brak logiki w wykreowanych przez autorki bohaterów. Np. jedna z bohaterek wydzwania za naszym narratorem, który leci do niej na łeb na szyję tylko po to, by... nałożyć jej kredkę do ust. Albo żadnemu z przyjaciół zaginionej bohaterki (do tego dojdę za moment) nie przychodzi do głowy, żeby odwiedzić jej rodziców i siostrę. Powyższe spowodowało, że początkowo czytałam tę książkę z powątpiewaniem i przymrużeniem oka. Fabuła się rozkręcała z każdą przewróconą kartką, aż w pewnym momencie... Ale o tym za chwilę.

Będąc przy fabule - pomysł na nią uważam za naprawdę ciekawy. Otóż w jednej z londyńskich szkół za pracę domową zadano utworzenie zespołu muzycznego - jego członkowie zostali z góry rozdzieleni przez nauczyciela. Red, Leo, Rosie i Naomi wylądowali razem - początkowo podchodząc do zadania z ogromną niechęcią i przymusem, po jakimś czasie odkrywają, że Mirror, mirror (bo tak nazwali swoją kapelę) to ich życie. Rozwijają się, grają małe koncerty, piszą własne teksty i własną muzykę. Dla tej czwórki szesnastolatków zwykła praca domowa okazuje się być wybawieniem - wreszcie mogą dać upust swoim emocjom, nawiązuje się między nimi przyjaźń, wydaje się, że wiedzą o sobie wszystko. No właśnie - wydaje się. Pewnej nocy Naomi ginie bez śladu i rozpoczynają się jej rozpaczliwe poszukiwania, zakończone po kilku tygodniach wyłowieniem jej ciała z rzeki. Na szczęście okazuje się, że dziewczyna (ledwo, ale jednak) żyje. Przyjaciele i siostra Naomi - Ashira - podejmują próby dowiedzenia się, co tak naprawdę stało się z Naomi. Policja nie wyklucza próby samobójczej, jednak nikt w to nie chce uwierzyć. Stan Naomi jest bardzo ciężki i lekarze utrzymują ją w śpiączce farmakologicznej, zatem nasi bohaterowie nie są w stanie dowiedzieć się od niej czegokolwiek. Jedno jest jednak dla nich pewne - w zaginięciu Naomi coś mocno nie gra - od tego momentu zaczynają prowadzić własne śledztwo, które odkrywa tajemnice, które nie chcą zostać odkryte...


Czytając niniejszy post możecie odnieść wrażenie, że nie znajdą się tutaj żadne pochlebne słowa na temat tej książki. I tutaj muszę sprostować to mylne wrażenie, bowiem w pewnym momencie przestałam przyklejać znaczniki, a historia stała się logiczna i konsekwentna, jakby ktoś inny po prostu ją pisał! Było to również odczuwalne w stylu pisania, sposobie formułowania zdań i używanych słowach... Możliwe, że to w ten sposób podzieliły się autorki "Mirror, mirror", nie wiem... Jedno jest pewne - moje odczucia względem tej pozycji zmieniły się o 180 stopni. Wciągnęłam się w historię przedstawioną przez autorki, z zaangażowaniem śledziłam poczynania naszych bohaterów i wyczekiwałam rozwiązania zagadki zaginięcia Naomi. Red, Leo i Rosie stali się ludźmi z krwi i kości, borykającymi się z trudami dojrzewania i niezrozumieniem otaczającego ich świata. Przewracałam kolejne kartki z zapartym tchem, aż w pewnym momencie okazało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam! Z niedowierzaniem cofałam się w lekturze, żeby sprawdzić, czy cokolwiek zapowiadało coś takiego - ale nie! I właśnie wtedy ilość gwiazdek, jaką przyznałam tej książce w mojej głowie, po słabym początku i o niebo lepszej kontynuacji, poszybowała w górę. Brawa dla autorek za takie poprowadzenie narracji i takie przedstawienie głównych bohaterów, naprawdę chylę czoła. 

Kolejnym ogromnym plusem "Mirror, mirror" jest zakończenie i rozwiązanie zagadki. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że człowiek może mieć aż tak mroczną stronę... To po prostu jest przerażające i nawet nie chcę wiedzieć, skąd autorki czerpały pomysły i szczegóły na temat, który wzięły na warsztat w tej książce... 

W "Mirror, mirror" może denerwować język, jakimi posługują się główni bohaterowie. Często jest wulgarny, nieadekwatny w emocjach do danej sytuacji, jednak musimy wziąć poprawkę na to, że historia opowiada o 16-latkach - buzujące hormony i poczucie niezrozumienia jednak robią swoje, choć i tak mam wrażenie, że nasi bohaterowie są i tak bardzo dojrzali, a zwłaszcza Red. Życie żadnego z naszych bohaterów nie szczędziło - matka alkoholiczka, ojciec, którego wiecznie nie ma w domu, brat - przestępca, bogaty ojciec znajdujący sobie o wiele młodszą partnerkę... Właśnie z tym borykają się Red, Leo i Rosie. Dość duży kaliber, nie uważacie?

Podsumowując - ogólnie uważam "Mirror, mirror" za naprawdę dobrą historię. Jak się przekonaliście - w moim odczuciu niepozbawioną wad. Początek może zniechęcić, ale polecam nie odkładać lektury i nie zrażać się pewną niekonsekwencją czy brakiem logiki. Później to wszystko zostaje nadrobione z nawiązką :)

Znacie "Mirror, mirror"? Sięgniecie? Czy może zraża Was nazwisko znanej modelki na okładce? Dajcie znać, jakie są Wasze odczucia co do tej pozycji :)



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar.


sobota, 11 listopada 2017

[ZAPOWIEDŹ] Tajemnice starego domu - Ilona Gołębiewska

[ZAPOWIEDŹ] Tajemnice starego domu - Ilona Gołębiewska

Nie wiem, czy pamiętacie, ale wiosną tego roku, dokładnie w kwietniu, polecałam Wam gorąco debiut Ilony Gołębiewskiej - "Powrót do starego domu" (tutaj możecie przypomnieć sobie moją recenzję - klik). Okazuje się, że historia Alicji już 22 listopada 2017 r. doczeka się kontynuacji! Ja się niezmiernie cieszę i wiem, że wielu z Was również. Oto krótka zapowiedź tego, co czeka nas w "Tajemnicach starego domu".

Alicja wiedzie spokojne i szczęśliwe życie w Pniewie, gdzie stoi jej stary drewniany dom. Kobieta odnalazła bezpieczną przystań, jednak los jej nie oszczędza i wciąż stawia na drodze wiele trudności. Jej spokój burzy odnaleziony przypadkiem dokument. Na jaw wychodzą tajemnice z przeszłości, z którymi musi się zmierzyć, by do końca poznać swoją rodzinę i odpowiedzieć sobie na wiele trudnych pytań. Czy po latach odnajdzie kobietę, która może być jej siostrą?

Okazuje się także, że rodzinne sekrety sięgają znacznie dalszej przeszłości. Alicja chce rozwikłać zagadkę tajemniczych dokumentów, które jej dziadek tłumaczył w obozie zagłady, a po swoim cudownym ocaleniu ukrył pośród „polskich drzew na polskiej ziemi”.

„Tajemnice starego domu” to intrygująca i poruszająca opowieść o mocy przeznaczenia i rodzinnych tajemnicach, które tworzą historię każdego domu. Autorka udowadnia, że często niemożliwe staje się możliwe, a jedno pozornie błahe wydarzenie może zaważyć na życiu wielu osób. Powieść dostarcza solidną dawkę głębokich wzruszeń i pozytywnych emocji. Ilona Gołębiewska pokazuje, że echo przeszłości zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości, a jedna decyzja może zapoczątkować lawinę niespodziewanych zdarzeń. Autorka udowadnia, że o prawdziwe szczęście warto stoczyć nawet najcięższą walkę.

„Powrót do starego domu”, pierwsza powieść Ilony Gołębiewskiej została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników. Entuzjastyczne opinie potwierdzają, że pisarka to mistrzyni emocji i niezwykle ciekawa osobowość na literackiej scenie prozy kobiecej. Wzrusza, bawi i intryguje, a wszystko to za pomocą niezwykle plastycznego języka narracji.

Zdecydowanym ruchem odkleiłam kopertę. Wyjęłam z niej czarno-białe zdjęcie. Serca na chwilę zamarło mi w piersi. Ze zdjęcia spoglądały na mnie dwie kobiety. Jedna dorosła. Niezwykle piękna. Oczy, nos, usta jakby stworzone przez najlepszego malarza. Do tego jasne, lekko pofalowane włosy. Spojrzenie pełne niepokoju, a zarazem waleczne. Kobieta pełna sprzeczności. A na jej kolanach mała dziewczynka o twarzy anioła. Dwa jasne warkocze, radosne oczy, delikatne rysy twarzy. Z radosnym uśmiechem patrzy w dal. Jakby widziała kogoś poza kadrem.
fragment książki „Tajemnice starego domu”

Ilona Gołębiewska (urodzona w 1987 r.), w wieku pięciu lat postanowiła, że w przyszłości będzie uczyć oraz pisać książki... i słowa dotrzymała. Na co dzień pracuje ze studentami, prowadzi zajęcia terapeutyczne dla dzieci i młodzieży, a także skutecznie szkoli dorosłych i seniorów. Jej doświadczenie zawodowe i spotkani ludzie są inspiracją do pisania powieści. Jest poetką, debiutowała w 2012 r. tomem „Traktat życia”, należy do Światowego Stowarzyszenia Poetów. Autorka powieści „Powrót do starego domu” (MUZA 2017) oraz wielu książek, artykułów naukowych, a także bajek, baśni i opowiadań dla dzieci i młodzieży. Mistrzyni emocji! Mieszka w Warszawie, ale gdy pisze, ucieka do starego drewnianego domu na mazowieckiej wsi. Uwielbia pracę z ludźmi, długie podróże do zapomnianych miejsc, czytanie książek po nocach oraz zapach świeżej kawy o poranku. Jej wielkim marzeniem jest założenie fundacji. Prowadzi stronę autorską www.ilonagolebiewska.pl.



No to czekamy do 22 listopada :)


piątek, 10 listopada 2017

Przypadki Agaty W. - Sandra Borowiecka [PATRONAT]

Przypadki Agaty W. - Sandra Borowiecka [PATRONAT]
Przypadki Agaty W. - Sandra Borowiecka


Tytuł: Przypadki Agaty W.
Autor: Sandra Borowiecka
Wydawnictwo:
Premiera: Szpalta

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

Moi drodzy czytelnicy (że czytelnicy bloga i w ogóle czytelnicy)!

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami na temat niezwykle intrygującej książki, nad którą patronat medialny (pierwszy!) objął mój skromny Zakątek. "Przypadki Agaty W." to mocna pozycja, która porusza wiele, naprawdę wiele trudnych tematów, czasem w dosadny i pozbawiony jakiejkolwiek otoczki delikatności sposób - stąd może się okazać, że książka ta nie jest dla każdego. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.

Agata to 23-letnia, ciężko doświadczona przez życie dziewczyna. Problemy, z jakimi boryka się od dziecka, w pewnym momencie osiągają punkt kulminacyjny i bohaterka podejmuje jedyną słuszną - jak jej się wydaje - decyzję. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się być przypadkiem nim nie jest, a Agata trafia do szpitala, w którym pracują jedne z jej aktualnych problemów. W szpitalu znajduje ją pan Perdiaux, który wcześniej - na miejscu wypadku - wyszeptał jej do ucha, że w jej żyłach płynie Agape... W tym momencie zaczyna się niezwykła przygoda Agaty - podróż do samego serca swoich problemów, próba odnalezienia własnego miejsca na świecie oraz przede wszystkim - wewnętrznej równowagi. Od tego dnia pan Perdiaux staje się mentorem naszej bohaterki - jej przewodnikiem po zakamarkach własnego serca i umysłu - który (chyba jako jedyny) naprawdę chce Agacie pomóc.

Wielokrotnie nie zdajemy sobie bowiem sprawy, że aktualnie nurtujące nas problemy są echem wydarzeń, których doświadczyliśmy w dzieciństwie. Agatę - czasem aż dziw bierze - życie nie szczędziło. Dziewczyna przeszła naprawdę wiele, co ewidentnie odbija się na jej psychice. Autorka, poprzez kreację naszej głównej bohaterki, porusza wiele trudnych tematów - molestowanie seksualne, odrzucenie przez rodziców, wybieranie nieodpowiednich partnerów... Sandra Borowiecka nie boi się nazywać rzeczy po imieniu i często robi to w sposób wulgarny i dosadny. Bo czy takie nie jest życie? Nie cacka się z nami, lecz wali pięścią prosto w nos, bez uprzedzenia. 


Początkowo główna bohaterka bardzo mnie irytowała. 23-letnia dziewczyna, zachowująca się czasem jak rozwydrzona nastolatka, przesadnie emocjonalnie reagująca na wszystko, co - jej zdaniem - jest wymierzone przeciwko niej. Taka właśnie jest Agata. Lecz po pewnym czasie uzmysłowiłam sobie, jak bardzo to zachowanie jest prawdziwe, po prostu z życia wzięte. No bo czy nie jest tak, że nikt z nas nie umie z dystansem spojrzeć na to, co nas spotyka, lecz w pierwszej chwili reagujemy odruchowo i dopiero po jakimś czasie, po przemyśleniu wielu rzeczy, potrafimy trzeźwo ocenić sytuację? No właśnie. Dlatego ta książka jest tak prawdziwa. Prawdziwa, bo obnaża człowieka z maski, jaką postanowił nosić na co dzień, by zwodzić innych uśmiechem, że wszystko jest w porządku...

Obok Agaty drugie skrzypce gra pan Perdiaux - lekarz podejmujący się terapii Agaty. Pan Perdiaux ma różne - często dość specyficzne - metody pracy, jednak z pewnością nie sposób odmówić im skuteczności. Agata przy nim odnajduje powoli spokój ducha, swoje miejsce na Ziemi i odpowiedzi na wiele kwestii, które dotychczas w niebagatelny sposób wpłynęły na jej życie. Relacja, jaka się między nimi nawiązuje, jest piękna - w ten ojcowsko-dziadkowy sposób. Pan Perdiaux wzbudził we mnie ogromną sympatię od samego początku, w przeciwieństwie do Agaty, do której przekonałam się chyba gdzieś w połowie książki. 

Pierwsze rozdziały wbijają w fotel i pobudzają w człowieku pragnienie dowiedzenia się, co dalej stanie się z naszą Agatą. Kolejne - odkrywają kontrowersyjne i tragiczne wydarzenia z jej przeszłości, próbują odpowiedzieć na wiele pytań, na które większość z ludzi nie potrafi przez wiele lat znaleźć odpowiedzi. Są momenty, w której swoista magia łączy się z rzeczywistością, co dodatkowo "podbija" wyjątkowość tej książki. A zakończenie... Zakończenie spowodowało, że z niedowierzaniem przyjęłam do wiadomości, że to już koniec mojej przygody z Agatą...

"Przypadki Agaty W." to prawdziwa emocjonalna karuzela, których autorka nie boi się poruszać trudnych tematów. Tematów, które nasze społeczeństwo woli przemilczeć, udawać że nie istnieją, że nas one nie dotyczą. Agata zmaga się z wieloma problemami, które równie dobrze mogłyby się przytrafić każdemu z nas. Ja ich nie doświadczyłam, jednak spotkałam się z bardzo osobistymi reakcjami czytelników tej książki na zawartą w niej treść... Okazuje się, że ja miałam "szczęście", które powinno być standardem w życiu każdego człowieka. Szczęście, o którym wiele osób mogło tylko pomarzyć. 

Z całego serca polecam Wam lekturę "Przypadków Agaty W.". Być może dla niektórych będzie za wcześnie na poznanie jej historii, jednak głęboko wierzę, że kiedyś przyjdzie na nią czas. Przeczytajcie tę książkę. Jeśli nie teraz, to kiedyś.

Bo naprawdę warto. 




Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.


Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie.


czwartek, 9 listopada 2017

Znak kości, Patricia Briggs (Mercedes Thompson, tom IV)

Znak kości, Patricia Briggs (Mercedes Thompson, tom IV)
Znak kości - Patricia Briggs
(Mercedes Thompson, tom IV)


Tytuł: Znak kości
Tytuł oryginalny: Bone Crossed
Autor: Patricia Briggs
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera na świecie: 2009 r.
Premiera w Polsce: wznowienie serii - 8 września 2017 r. 
Seria/cykl: Mercedes Thompson, tom IV
tom I - Zew księżyca (klik)
tom II - Więzy krwi (klik)
tom III - Pocałunek żelaza (klik)

Moja ocena: 8/10 (rewelacyjna)


Ostatnio mam ogromne szczęście, bo trafiam na pozycje, które w żadnej mierze mnie nie rozczarowują. Nie inaczej było w przypadku "Znaku kości", jednak tutaj już wiedziałam, co mnie czeka - w końcu jest to czwarty tom przygód Mercedes Thompson, mechanika samochodowego, zmiennokształtnej, przyczyny zamieszania w samym sercu wilkołaczego stada... 

Dotychczas każdy z wcześniejszych trzech tomów prezentował czytelnikom szczegółowej inną część świata, w którym żyje Mercy. W pierwszej były to wilkołaki, drugiej wampiry, trzeciej pradawni - a co jest w czwartej? Czwarta to mix wydarzeń z poprzednich tomów - echem odbijają się poczynania naszej głównej bohaterki z przeszłości - plus więcej uwagi zostało poświęconej jednej z interesujących umiejętności Mercy. Otóż okazuje się, że panna Thompson widzi duchy. Mercy zostaje w związku z tym wplątana w nową historię - odzywa się do niej koleżanka z przeszłości z prośbą o rozwiązanie problemu z pojawiającym się u niej w domu duchem. 



Nie dość, że nasza bohaterka ma na głowie wszystko powyższe, to jeszcze musi podjąć wreszcie decyzję - jak zareagować na oczywiste zamiary i oficjalną propozycję Adama Hauptmana - samca Alfy miejscowej sfory? Jak zgodzić się być jego towarzyszką, ponosić odpowiedzialność za całą watahę, skoro ciąży na niej wydany przez królową wampirzej chmary wyrok? Dodatkowo sprawy nie ułatwiają wspomnienia wydarzeń, które miały miejsce pod koniec trzeciego tomu. Nie ma ta nasza Mercy lekko, oj nie ma...

Na szczęście główna bohaterka przy tym wszystkim nie traci na charakterze, czego trochę się obawiałam... Mercy to Mercy - twarda kobieta, racjonalnie podchodząca do spotykających ją przeciwności losu, ważąca wszelkie za i przeciw przed podjęciem decyzji, a nie jakaś rozhisteryzowana nastolatka, myśląca po fakcie i działająca pod wpływem impulsu. Patricia Briggs stworzyła postać kompletną i racjonalną, której dodatkowo nie można odmówić sympatii. 

Wróciła do miętolenia sukienki.- Mercy - warknął Adam jeszcze niżej, niż przed chwilą.- No co? - prychnęłam. Jego wina, że mnie zirytował.- Jeśli nie przestaniesz bawić się tą sukienką, zerwę ją z ciebie i nie zjemy tej kolacji.Popatrzyłam na niego. Skupiał się na drodze, obie dłonie trzymając na kierownicy, ale... Przyjrzawszy się baczniej, dostrzegłam efekty moich działań. Ja to zrobiłam. Ja, kobieta z resztkami smaru za paznokciami i szwami na policzku.

Akcja - jak zawsze u Briggs - płynie wartko i czytelnik po prostu nie może się nudzić. Z czystym sumieniem mogę powtórzyć to, co pisałam przy poprzednich tomach - autorka konsekwentnie trzyma poziom poprzednich części, sposób budowania napięcia, kreowania historii i ukazywania mroczności oraz pierwotności świata, jaki nam prezentuje. "Znak kości" jest w mojej ocenie mniej dynamiczną pozycją, niż jej poprzedniczki. Autorka więcej uwagi poświęca życiu uczuciowemu Mercy (na całe szczęście!) w porównaniu do pierwszego czy drugiego tomu, a czego zalążek mieliśmy już w części trzeciej. Ku mojej ogromnej uciesze oczywiście :) Ja jestem - jak zwykle w sumie - zachwycona tym, co Patricia Briggs zaserwowała w czwartej części i spokojnie czekam, aż dostanę w swoje ręce piąty tom, bo wiem, że przede mną kolejny kawał dobrej lektury.

Standardowo zapytam - znacie Mercy? Jeśli tak, to mam wrażenia, że Wasze odczucia co do niej są tożsame z moimi :) Koniecznie dajcie znać :)



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów.




środa, 8 listopada 2017

Wielki ogarniacz życia - Pani Bukowa

Wielki ogarniacz życia - Pani Bukowa
Wielki ogarniacz życia - Pani Bukowa


Tytuł: Wielki Ogarniacz Życia, czyli jak być 
szczęśliwym, nie robiąc niczego
Autor: Pani Bukowa
Wydawnictwo: Flow Books
Data premiery: 10 października 2017 r.

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)


Chyba większość kobiet, mających konto na Facebooku, kojarzy charakterystyczne obrazki na jasnobłękitnym, jasnożółtym, bądź jasnoróżowym tle, podzielone na pół - górna część prezentuje swego rodzaju tezę, zaś dolna - jej rozwinięcie albo rozwiązanie. I słynną maksymę, że "jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można". To właśnie Pani Bukowa i jej złote myśli. Tak złote, że należałoby je jeszcze posypać brokatem. I piszę tutaj serio, bo odnoszę wrażenie, że albo Pani Bukowa siedzi w mojej głowie, albo Pani Bukowa to ja.

Ta niepozorna książka ze zdjęcia zawiera kilkanaście (o ile nie więcej?) krótkich felietonów na najróżniejsze tematy. Dla przykładu podam Wam kilka: "Jak nie iść basen", "Jak nie zakładać firmy", "Jak marnować czas w pracy", "Jak się nie wysypiać", "Jak się spieszyć i z niczym nie zdążyć". Felietoniki te okraszone są odpowiednią ilustracją, czy diagramem, a pomiędzy nimi znajdziemy znane nam i lubiane już maksymy Pani Bukowej. Jak dla mnie - sposób wydania tej książki jest genialny - niezbyt duży format (idealnie do torebki), niezbyt długie teksty, do których można wrócić w każdym czasie, niekoniecznie w kolejności chronologicznej. No i te przerywniki - uniwersalne do każdej okazji ;)

Pani Bukowej, kimkolwiek ona jest, nie można odmówić genialnego zmysłu obserwatora. Ja nie wiem, jak ona to robi, ale wyciąga z otaczającej nas rzeczywistości samą esencję - i to w kwestiach, które nie zawsze do końca są tak oczywiste. Nie ulega jednak wątpliwości - konkluzje Pani Bukowej są zawsze w punkt, niezależnie od sytuacji :)

Pani Bukowa z pewnością nie próbuje osłodzić otaczającej jej (i nas!) rzeczywistości. Bezbłędnie punktuje wszelkie niedoskonałości (swoje!) i dostrzega paradoksy otaczającego nas świata. I przede wszystkim - robi to w niezwykle lekki i humorystyczny sposób. Bez wątpienia "Wielki ogarniacz życia" bezbłędnie punktuje ludzkie przywary, jednak nie w sposób obraźliwy, czy dosadny.

Pozycja ta jest bez wątpienia idealną lekturą na tzw. gorszy dzień - gwarantuję, że damskiej części czytelników poprawi humor, niezależnie od aktualnie trapiącej ją bolączki :) Ja przy lekturze "Wielkiego ogarniacza życia" bawiłam się przednio i jestem pewna, że jeszcze niejednokrotnie wrócę do tej pozycji. Mam też nadzieję, że Pani Bukowa nie próżnuje i już szykuje dla swoich fanów kolejną porcję takich smaczków :)

Znacie Panią Bukową? Dajcie znać, co sądzicie o jej propozycji książkowej :)




Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.


Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie.





sobota, 4 listopada 2017

Love Line - Nina Reichter

Love Line - Nina Reichter
Love line - Nina Reichter


Tytuł: Love Line
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Data premiery: 25 października 2017 r.

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

Ten post będzie emocjonalny.

Właściwie opiszę tutaj w większości swoje uczucia po lekturze "Love Line", za co z góry przepraszam, ale po takiej emocjonalnej podróży niemalże niestosowne wydaje się być opisywanie jej fabuły, sposobu narracji, stylu pisania autorki czy poprowadzenia przez nią akcji...

Piszę bowiem te słowa zaraz po zamknięciu książki. A moje serce jest w strzępach.


Bethany i Matthew. 

Kobieta i mężczyzna, których drogi kilkukrotnie się przecinają. Najpierw siedem lat wcześniej, gdy obydwoje są ledwo co odrośniętymi gówniarzami, z wielkimi planami na przyszłość i głowami wypełnionymi marzeniami i siedem lat później w klimatycznej restauracji, gdy życie zrewidowało już ich poglądy i pozwoliło stać się "kobietą z przeszłością" i "mężczyzną po przejściach". Każde z nich jednak zostało w pewien sposób ukształtowane przez tamtą jedną noc sprzed siedmiu lat. I być może ich życie siedem lat później wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby los nie postanowił sobie z nich zadrwić...

Na początku winny zwykle jest los. A później pieprzymy wszystko na własne życzenie.

Bo wtedy zwykle do głosu dochodzi rozsądek. A przynajmniej myślimy, że to jest rozsądek. Często jest to po prostu próba niewychodzenia ze znanej nam strefy - wydawać by się mogło - komfortu. Robimy bilans zysków i strat, rachunek sumienia z naszej przeszłości i prognoz na przyszłość. Kalkulujemy, co chcemy osiągnąć, bo często mamy zbyt wiele do stracenia, a i często jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie. I gdzieś tam w międzyczasie serce próbuje się przebić przez ten suchy kosztorys. A jak już zacznie wieść ono prym... to mamy wulkan emocji. I serce w kawałkach.

A co tak naprawdę wiemy o samym sobie? Każdemu z nas wydaje się, że doskonale wiemy, jak byśmy postąpili w danej sytuacji - jesteśmy świetni w radzeniu innym. Często jednak kuleje w nas umiejętność spojrzenia na własne położenie z dystansem. Zwykle myślimy - "nas ta sytuacja nie dotyczy" i jak bardzo później przeżywamy szok, gdy okazuje się, że stajemy przed dylematem, w którym z takim zaangażowaniem doradzaliśmy jeszcze przed chwilą komuś innemu... 



I czy nie jest też tak, że wydaje nam się, że jesteśmy w miejscu, w którym chcemy być i kroczymy drogą, którą chcemy kroczyć? No właśnie - wydaje nam się. Bo czasem wystarczy jedna rzecz, jedna drobniutka rzecz, która powoduje, że zupełnie inaczej patrzymy na siebie i otaczającą nam rzeczywistość. I wówczas bardzo często dochodzimy do wniosku, że jednak nie do końca robimy to, co chcemy i z tym, z kim chcemy. Tylko... Co wtedy? Jakie podjąć kroki? Z czego rezygnować, a co forsować?




"Love line" właśnie o tym mówi. O poznawaniu samego siebie, wartościowaniu własnego życia. I przede wszystkim - o uczuciach. Relacjach damsko-męskich. Ale w jaki sposób... Autorka jest mistrzynią w ukazywaniu emocji, rodzeniu się więzi między ludźmi, budowaniu napięcia. Przez pierwszą część książki czytelnik odnosi wrażenie, że nic się nie dzieje, że fabuła traktuje o rzeczach czasem zupełnie nieistotnych. Nic bardziej mylnego! Autorka w ten sposób buduje kreacje głównych bohaterów - nie przez bezpośredni opis postaci, ale przez sytuacje w jakich się znajdują i ich reakcje na dane sytuacje. A później... Później emocje galopują niczym stado koni, miażdżąc emocjonalnie czytelnika, a gdy już poznamy naszych bohaterów, łatwiej jest nam ich zrozumieć. Postacie Beth i Matthew są kompletne, pełne, logiczne, tak bardzo ludzkie... A sami bohaterowie skrywają wiele tajemnic - odkrycie wszystkich kart jest bolesne, bardzo bolesne...

Sposób, w jaki została przedstawiona ta historia, jest po prostu fenomenalny. Dokładny, skrupulatny, nienachalny, subtelny. Złamała moje serce i nie wiem, naprawdę nie wiem, jak doczekam jej kontynuacji. Uwielbiam autorkę za to, co zrobiła z moimi emocjami, a zafundowała im prawdziwy rollercoaster. I ta okładka... I zakończenie... Koniecznie zwróćcie uwagę na playlistę na końcu książki! I czytajcie ją ze wskazanym tam podkładem muzycznym. Gwarantuję Wam, że zdecydowanie podniesie to Wasz komfort czytania tej przejmującej historii.




Każdy z czytelników zapewne wartościowuje przeczytane książki, w zależności od tego, jakiego gatunku dana książka jest "reprezentantem", jak również tworzy listę swoich ulubionych lektur wszechczasów. "Love Line" zdecydowanie znajduje się u mnie w tej drugiej grupie i to bardzo wysoko, właściwie w czołówce.  Sposób, w jaki Nina Reichter tworzy rzeczywistość, przypomina mi trochę J.K. Rowling - wszystko tutaj jest na miejscu, bardzo dokładnie opisane, ze szczegółami - tak, aby czytelnik mógł w stu procentach oddać się lekturze i wczuć w jej klimat. Ogromny, naprawdę ogromny plus dla autorki za sposób, w jaki ukazała relację Bethany i Matthew - miałam wrażenie, że wręcz oglądam film na dużym ekranie i mogę dostrzec każdy najmniejszy grymas na twarzy naszych bohaterów, stające włoski na karku i napinające się mięśnie. Nina Reichter tak umiejętnie posługuje się słowem, że odnoszę wrażenie, iż została po prostu stworzona do pisania. Ta historia jest dla mnie tak emocjonująca, że jeszcze długo będę ją rozpamiętywać, a i niewykluczone, że wrócę jeszcze do swoich ulubionych fragmentów. 

Dziękuję autorce za Beth i Matthew.

I za emocje, jakie ta dwójka we mnie wywołała.





Za możliwość przeczytania książki serdeczne dziękuję autorce.


Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, bo polskie.


Copyright © 2016 Zakątek czytelniczy , Blogger